Słowa – Piotr Karczewski
Muzyka – Dominik Brzeziński, Wokal – Justyna Baj
Nieuchwytna
Wznoszę się na palcach, by wziąć myśl w swe dłonie,
Dotykam jej kantów, zraniony opadam.
Pot przykrość przenosi od włosów, po skronie;
Jak mleko skwaszony – w żar ciszy się zsiadam.
Próbuję raz jeszcze, gdy siły drobina
Dodaje mi mocy, by skoczyć z rozpaczy;
Lecz myśl się wywija jak słodka dziewczyna…
Choć znałem jej kształty – czas owe wypaczył.
Zmęczony, z niechęcią, opadam omdlały,
W bezsłowie – powracam, w bezmyślność – docieram.
Nieznaną – mgły krople w świat własny zabrały;
Znów zlany zmęczeniem, w śnie pustym zamieram.
Malowałaś mnie…
Malowałaś mnie swoimi łzami,
Nie stałem tuż obok, żeby być modelem.
Wiem, przecież od dawna nie jesteśmy „nami”,
Bo żyjemy sami, nazwani singlami,
Chociaż nas łączyło kiedyś bardzo wiele.
Malowałaś mnie w plenerze wspomnień,
Obnażyłaś kanty i wszystkie krągłości.
Jak widać, nie łatwo jest, ot tak, zapomnieć
Chwil, kiedy tak skromnie, tuliłaś się do mnie…
Gdy się w nas iskrzyło coś na kształt miłości.
Mój portret w twym sercu, na szkle malowany,
Na zawsze zostanie, póki dusza żyje.
Nie pragnę usłyszeć, że jestem kochany,
Bo wiem, że tak lepiej, gdy czas zatrzymany;
Szalone uczucie nic już nie rozbije.
Malowałaś mnie ubrana w marzenia,
Takie zwiewne, lekkie, jak twoje sukienki;
Malowały usta słone od tworzenia,
Może ze znudzenia, może… bez znaczenia
Lecz obraz się dobrze wtopił w ciszy dźwięki.
Moje miejsce… tutaj
Jestem mrówką, tutaj buduję swój kopiec,
Niosę źdźbła nadziei, z rzadka przez asfalty;
Wciąż wiążę je w przyszłość – facet, mały chłopiec,
Czy ktoś się ośmieli z domu robić żarty?!
Jestem sobą, tutaj, w mym rodzinnym mieście;
W nim rozwój zamknięty… czas otworzyć wrota,
Niech dobrze nas widzą i piszą – nareszcie;
To miejsce, co w sercu… po Krym, Białe Błota.
Jestem tutaj, zawsze chcę tutaj pozostać,
Me miasto potrafi mnie sobą zachwycać.
Czas nadszedł, by wreszcie wyzwaniom móc sprostać,
Wołomin – brzmi dumnie, powiatu stolica.
Życzenia na wielką noc Bożego Narodzenia
W dzień Bożego Narodzenia,
Pragnę złożyć Wam życzenia.
Oczywiście… takie czasy,
Oprócz zdrowia – dużo kasy!
Uśmiechniętej zawsze miny,
Ciepła w sercu… od rodziny.
Mniej już życia w ciągłym biegu…
No i wreszcie trochę śniegu…
By w Wielkanoc nie jeść jaja,
Gdzieś na saniach Mikołaja:)
Teraz
Odrywam swe myśli od przeszłości piętna,
Ogarniać oczyma nie chcę jutra swego;
Chwytać teraźniejszość, choć chwilami mętna,
Tego właśnie pragnę… lecz nie wiem – dlaczego?
Nie wiem, po co w teraz zagłębiać się silę,
Przecież owo także będzie przeszłym czasem;
Chyba tylko po to, by ujarzmić chwilę
I trochę ucieszyć się owej atłasem.
Dusza
Tańczę na linie
nad przepaścią
jutra
Nie boję się spaść
Niech spadnę
by się podnieść
Nie boję się iść
naprzód
Niech pójdę dokąd idę
Nie umrę
Bo żyję
Wreszcie
Eliksir miłości
Spadają gwiazdy
Rozstępują się morza
W ogniu
skrzydlate postaci
tańczą
ze szczęścia
Kocham
Z kominów kwiatów
Wydobywa się
nektarowy dym
eliksir młodości
miłości
szczęście
Kocham
Słupy rozważań
Rozlepiasz swe myśli na słupach rozważań,
By nie psuć ich sensu, słów im nie nadajesz;
Tracisz swą energię w procesie tych stwarzań,
Lecz na tłum braw licząc – wlepiać nie przestajesz.
Rozlepione myśli ktoś brutalnie zrywa,
Żeby swe uczucia z pietyzmem umieścić,
Przez słupy rozważań wszelka wartość spływa,
Bo co chwilę inny ktoś, chce coś obwieścić.
Rzadko więc obdarte są rozważań słupy,
Wszystko to, co brudne zakrywa coś nowe,
Lecz czy zawsze muszą być deptane trupy,
Czy ktoś wreszcie dojrzy, że to jest niezdrowe.
Woń wiatru
Ale wiatr. Pogonił błysk pragnienia,
Zebrał z łańcuszka perfum woń.
Znów cisza. Zwarcie ust czas zamienia
W słodki lot, gdy serce krzyczy: Goń!
Porwał nas. Ten ciepła smak nas niesie,
Nad teraz wzbija, pogania czas.
Śnić, to żyć. Sen nam sens przyniesie;
Wiatr będzie wiał, wiatr odkryje nas.
O…błędna myśl
Zastyga myśl w biegu –
Wśród dróg codzienności;
Gdy z przeszkód szeregu,
Znad przepaści brzegu,
Chce umknąć przyszłości.
Wpatrzona za siebie –
Chce dostrzec przyczyny,
Że smutna na niebie,
Że ciągle się grzebie
W swym bagnie rutyny.
Umiera myśl szara –
W tęczowym wyroku;
Zgubiła ją wiara,
Że ominie kara
Jej wsteczność – słup wzroku.
(Satyra na wybory samorządowe 2002)
Właśnie wyścig się rozpoczął -
Największy wśród tourów;
Znów nie wierzę własnym oczom,
Ile w nim jest szczurów.
Wyścig ten, dość specyficzny,
Mknie co cztery lata.
Kończy etap go uliczny
“Giro di placata”.
Jadą grupy “zawodowe”
Pełne amatorów.
Każdy chowa w kasku głowę;
Tnie grad pomidorów.
Przez ostatnie dwa miesiące
Wzmocniono drużyny,
By na mecie mieć siedzące
Miejsca… dla rodziny.
I choć inne dziś kolory -
Te same nazwiska.
Z dala nowy jest faworyt,
Ale stary z bliska.
Już taktyka obmyślona,
Jak dogodzić… sobie.
Potem liczy się mamona -
Wpierw finisz… przy żłobie.
Każdy wierzy w swe zwycięstwo
Jak w dzieci rodzice.
Mniej się liczy hart i męstwo,
A bardziej kibice.
Lecz na mecie już publikę
Zapomną liderzy;
Stworzą starą, dobrą klikę,
By politykierzyć.
Wspomną znowu wiernych fanów
Tuż przed nowym tourem,
Żeby zrobić z nich baranów
Jednym, zgodnym chórem.
Tak też się zamyka koło
I tak życie toczy.
Tym na mecie wciąż wesoło,
Nam – wiatr zawsze w oczy.
Tyle w Panu , Panie Piotrze delikatności , ciepła i zranionej duszy.
To jest piękne.
Przez: Grazyna Brojak w 03/09/2008
o 6:38 am